Jak pokonać nerwicę? - Moja przygoda z nerwicą #3

 Dwa poprzednie posty:
1. http://zdrowotnieiradosnie.blogspot.com/2015/05/jak-pokonac-nerwice-moja-przygoda-z.html
2. http://zdrowotnieiradosnie.blogspot.com/2015/06/jak-pokonac-nerwice-moja-przygoda-z.html

Gwóźdź do trumny? Tak właśnie było. Nawet wizyta na pogotowiu nie przekonała mnie, że jestem zdrowa. Wciąż wyszukiwałam w Internecie coraz to nowsze choroby. Tak, Google najgorszym lekarzem... Przeszłam przez wszystkie choroby świata w zaledwie miesiąc! Początkowo stwierdziłam, że mam stwardnienie rozsiane - w końcu objawy niemal identyczne. Ale potem stwierdziłam, że to jednak guz mózgu - w końcu te zaburzenia równowagi, ból głowy, mdłości... Tak, na pewno mam raka. A może jednak mam boreliozę? No, ale chwila.. żaden kleszcz mnie nie ugryzł. A może jednak ugryzł? Nie wiem, może iść do lekarza, żeby sprawdzić przeciwciała?

I tak to właśnie się toczyło... co chwilę wymyślałam nowe choroby, a im więcej czytałam o objawach, tym więcej ich miałam. To naprawdę zadziwiające, co ludzki umysł potrafi zrobić z ciałem. Jednak nie byłam w stanie uwierzyć, że to tylko moje wymysły. Jak mogłyby to być tylko moje wymysły, skoro naprawdę wszystko czułam?! Kołatanie serca, jego przyspieszone bicie, ból głowy, trzęsące się ręce, zaburzenia równowagi, zaburzenia widzenia, mdłości, ból w mostku, brak apetytu, płacz i zgrzytanie zębów, duszności... Czy naprawdę można sobie wymyślić tyle rzeczy? Jak się okazało.. można. 

Mama rzuciła hasłem: NERWICA. Co? Jaka nerwica? Przecież ja nie mam się czym denerwować, jestem spokojnym człowiekiem... Ale jednak okazało się, że nerwica. Chwilami nadal nie dowierzałam, że to tylko tyle, albo AŻ tyle. Postanowiłam co nieco zapoznać się z tematem i zaczęłam czytać o różnych postaciach nerwicy, o tym z jakimi chorobami jest mylona, jakie są jej przyczyny i objawy. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że czytam o sobie! Nie byłam w stanie zakwalifikować się do jednego jej rodzaju, bowiem wyglądało to jak połączenie ich wszystkich. Jednak nie chodziło mi o dopasowanie się, ważniejsze było coś innego - poznałam już wroga. Wiedziałam, co mi dolega, wiedziałam, że to jedyne sensowne wytłumaczenie. A skoro już znamy wroga, to co należy zrobić? Rozpocząć walkę.

Pierwsze podjęte próby nie zakończyły się sukcesem. To nie jest tak, że zrozumiecie, że cierpicie na nerwicę i od razu Wam przejdzie. O nie... nerwica to taki mały chochlik, który będzie Was próbował podejść na wszystkie możliwe sposoby. Pojawią się chwile zwątpienia, brak motywacji i wszystko zacznie powracać... a tego nie chcemy! To my chcemy mieć tego chochlika w garści, a nie stać się jego niewolnikiem. Każdy potrzebuje czasu, jedni tygodni, inni miesięcy a nawet lat. Mnie zajęło to 9 miesięcy i mimo że od tamtej pory minął już ponad rok, to doskonale wiem, że nie mogę sobie pozwolić na zaprzestanie walki. Owszem, nie mam już żadnych objawów. Nic mi nie dolega. Czuję się świetnie. Ale wiecie z czym jest problem? Nie potrafię już normalnie odczuwać stresu... Wiecie jak to jest, każdy ma czasami taką sytuację, w której się stresuje - pojawia się ból brzucha, niechęć do jedzenia i zimny pot. Ale to tylko tyle, efekt działania adrenaliny. A u mnie pojawia się natychmiast atak paniki. Dlatego wciąż muszę walczyć i go do siebie nie dopuszczać. Ale są na to sposoby... i to właśnie o nich będę pisać w kolejnych postach z tego cyklu. Jeden post, jeden sposób. A trochę ich będzie ;)

Komentarze